
Checco nie spuszczał stopy z pedału gazu swojego Forda Modelu 18. Zmuszanie przechodniów do panicznej ucieczki i wzbudzanie zamieszania w połowie dzielnicy nie było stylem, który preferował. Pędzenie na łeb, na szyję, wioząc dwójkę uzbrojonych w Thompsony i gotowych do ich użycia ludzi, nie było jego zwyczajnym zajęciem w Rodzinie. Teraz nie miał wyboru. Dostał cynk o zdradzieckiej zasadzce, w której zginąć ma jego Don – Thomasso Pizzino. Don, ale i przyjaciel, bo jeżeli kogokolwiek stary Thomasso mógł nazwać prawdziwym przyjacielem, byłby to jego consigliere Checco.
Nieomal wylatując z drogi podczas gwałtownego zakrętu, czarny Ford wjechał w granice Upper West Side – dzielnicy, która, według umowy z rodziną Vitale, miała należeć do Pizzinich. Byli już blisko. Zdążą, i wszystko będzie jak dawniej – wmawiał sobie gorączkowo Checco. Wmawiał sobie do momentu, aż potężny huk zatrząsł szybami automobilu i zrzucił pożółkłe liście z pobliskich drzew mijanego właśnie Central Parku.

Donowi życia to nie przywróci, ale zemsta musi się dokonać. Checco wskazał palcem okno, a jego ludzie pojęli w mig. Seria z Thompsonów rozbrzmiała długością ulicy, a grad ołowiu wystrzelił w stronę kamienicy. Ciało spadło na dół, uderzając o bruk. Ale to nie Tancredi. To jego przyboczny, który zdążył zasłonić swego towarzysza. Sam Tancredi zniknął. Nie na długo – pomyślał Checco. Chwilę później uronił łzę.
Tymczasem komisarz O’Donelly, słysząc odległy huk, przymknął okiennice swojego biura na 11. posterunku. Zareagowałby, ale przecież nie miał jak – był tu sam, bo godzinę temu wszystkich funkcjonariuszy wysłał na bardzo ważną misję ochrony parady na południowym skraju Chelsea. Mógł teraz w spokoju przeliczyć pieniądze schowane w sejfie w całkiem sporej walizce…
Ktoś inny, oglądając te wydarzenia ze zgoła odmiennej perspektywy, mógłby opisać to tak:„Zielony gracz, kontrolujący rodzinę Pizzino, w obszarze Upper West Side ma dwie figurki: Dona oraz szeregowego gangstera. Gracz czerwony także ma dwie – spadkobiercę rodziny wraz ze swoim przybocznym.


Stosunek sił 0:0. Każdy z graczy ma w puli jeszcze po 1 figurce gangstera, którą mógłby tu wystawić. Jednak nie opłaca im się to – w najlepszym razie zmienią impas z 0:0 na 1:1. Chwilę wcześniej Czerwony gracz miał na ręku jeszcze kartę skorumpowanego policjanta, którą mógłby zmusić Zielonego do przesunięcia ewentualnie wystawionego tu gangstera na inne pole i tym samym zdobyć dominację. Przed chwilą jednak kartę stracił, bo w grze jest jeszcze przecież rodzina Marzullo, a kontrolujący ją Żółty właśnie zagrał swoje Zlecenie, nakazujące wszystkim graczom odrzucić po karcie.
Dzielnica pozostaje w rękach Pizzino, a prowadzący ich Zielony będzie mógł w kolejnej rundzie czerpać profity z odbywających się tu procederów, a pod koniec gry, jeżeli nadal ją utrzyma – zapunktować.
Tak wyglądał koniec drugiego z czterech Aktów pierwszej rozgrywki, którą dane było mi zagrać w nową grę autorstwa Erica Langa – The Godfather: Corleone’s Empire. Kolejnych Aktów już nie zagraliśmy, bo wypadało ustąpić kolejnej grupie graczy z listy oczekujących na poznanie gry na tegorocznej edycji konwentu Pionek.
Specyficzne gry typu area control tworzone przez autora The Godfather, wpisują się w konwencje nazywaną czasem w planszówkowym świecie „Dudes on a map”. Najnowsze dzieło Langa także należy do tej kategorii i aż prosi się o porównanie z pozostałymi tytułami autora z tej kategorii, czyli Blood Rage oraz Chaos w Starym Świecie. Niestety, takie porównanie, a co gorsza ocenianie, byłoby pochopne i nieuczciwe po rozegraniu połowy partii. Nadmienię tylko, że prócz całkowicie innej otoczki fabularnej gry, same zasady i rozgrywka, mimo iż wpisują się we wspomnianą konwencję, dają jeszcze inne wrażenia, stawiają naciski w innych miejscach i wprowadzają nowe, ciekawe rozwiązania mechaniczne. Ale to już materiał na zupełnie inny artykuł.